Wypadek o mało co - Awaria sterociągów na s/y SMUGA CIENIA podczas podejscia do Darłowa w 1990 roku

Relacja p. Marka Bojarskiego z listy dyskusyjnej pl.rec.zeglarstwo zamieszczona 00-08-16

Staram się podać fakty i przyczyny wydarzeń, bez koloryzowania i dramatyzowania. Przedstawiam też osobiste myśli które mnie wtedy nachodziły i które mimo upływu czasu dobrze pamiętam. Odległości które podaję są moją subiektywną oceną tej sytuacji. Pisząc Darłowo mam na myśli Darłówek, właściwe Darłowo jest dalej w głąb lądu.

Rejs odbywał się w drugiej połowie lipca 1990. Załogę stanowiła ekipa klubu + 2 gości z zewnątrz - w sumie 8 osób. W tym 1 sternik morski, 4 PU, 2 sterników i żeglarz, towarzystwo w wieku około studenckim. Kapitanem był stary wilk morski (jkżw) z dużym doświadczeniem. Jacht typu Conrad 45 - jak Opal 3, zdaje się że stocznia Conrada od pewnego momentu tak nazywała jachty typu Opal.

Na początku pływaliśmy przez 3 dni w trudnych warunkach - 8B i ostre kursy. Załoga zaadaptowała się do kiwania i potem było już fajnie. Rejs miał charakter stażowo-szkoleniowy i to dlatego pływaliśmy w tej 8-mce zamiast stać w porcie. Następnie popłynęliśmy z Gdyni do Świnoujścia - część z nas kończyła staż na morskiego i "robiliśmy porty".

Kapitan był zwolennikiem "starej szkoły" i specjalnie nas nie oszczędzał. Wyznawał zasadę, że jak już się jest w pobliżu portu, to należy tam wpłynąć, bez względu na porę dnia czy nocy. My optowaliśmy raczej za "hals w morze, hals z powrotem i wejdźmy tam na śniadanie". Tak więc np. do Ustki weszliśmy o 5 rano. Wejdźcie w skórę faceta który właśnie zszedł z "psiaka", zagrzebał się w koi, i słodko zasnął a pół godziny potem wyciągnięto go do manewrów.

Po takim doświadczeniu wejście do Darłowa zaplanowaliśmy strategicznie w okolicy śniadania. Sztuka poległa na tym żeby tak prowadzić nawigację, aby 0745- 0800 rozpocząć podejście do portu. Wiało 5-6 z NW, tak że zamiast płynąć prosto do Darłowa popłynęliśmy trochę ostrzej a gdzieś przed 7 obraliśmy kurs na port. Jazda była piękna. Płynęliśmy baksztagiem, przy silnym wietrze na dużej fali. Jacht płynął szybko, nie pamiętam ile, ale dla Opala to najlepszy wiatr do żeglugi. Za sterem stał kolega, sternik pu. z dużym doświadczeniem morskim. Sterował "na fale", energicznie pracujęc sterem. Z burty na burtę były jakieś ponad 3 obroty koła i nakręcił się zdrowo, ale jacht szedł jak po sznurku.

W przyzwoitej odległości od portu, koło godziny (0715- 0730) obudziliśmy kapitana, załoga wyszła "do manewrów". Poprosiliśmy kapitana by tym razem wejść na żaglach - warunki były idealne, pogoda, wiatr od morza, w kanale portowym bez halsówki i wiatr silny a kanał bez wysokiej zabudowy więc nie powinno kręcić. Kapitan się zgodził, chociaż do tej pory zawsze zrzucaliśmy żagle przed główkami. Pozwalał też oficerowi pełniącemu akurat wachtę prowadzić podejście pod jego nadzorem, oczywiście jak klient wyraził na to ochotę. Wcześniej prawie się z tym nie spotkałem. Tym razem padło na mnie. Zrzuciliśmy grota, zapalili silnik, cumy i odbijacze na pokład. Kapitan zgłosił wejście przez UKF do kapitanatu, oni się zgodzili i zaczęliśmy podejście.

Pełny baksztag lewego halsu, na foku i bezanie, silnik na luzie, załoga na stanowiskach manewrowych, kapitan w zejściówce czuwał nad wszystkim. Wiatr NW 5-6, dolądowy, duża fala, powiększona jeszcze o przybój. Sterowaliśmy między główki, trochę bliżej zachodniego falochronu bo w locji napisali że przy takim wietrze przed główkami może być poprzeczny prąd. Jakieś 200 m przed wejściem do portu usłyszałem krótki stuk, coś jak kawałek drewna uderzający o kadłub jachtu. Pomyślałem że o coś przytarliśmy, bo nic na wodzie nie pływało, do brzegu już blisko a przy podejściu do portu rybackiego różne rzeczy mogą tkwić na dnie. Chwilę potem sternik zameldował "Nie słucha steru!", a zaraz potem dodał "Nie, już dobrze". Po pierwszych słowach pomyślałem że wypadł albo złamał się ster nadwerężony ponad godzinną żeglugą na dużej fali, w chwili kiedy "przytarliśmy". Potem jednak pomyślałem, że to niemożliwe - jachty aż tak się same nie rozpadają.

Nagle jacht odpadł do pełnego wiatru i skierował się prosto na głowicę zachodniego falochronu. Sternik krzyknął jeszcze coś o sterze, widać było, że kręci kołem bez efektu. Do wejścia zostało około 100m. Przed dziobem widziałem słup latarni na głowicy wysokiego betonowego falochronu, osypanego niżej kamieniami i betonowymi ostrokołami do rozbijania fal. Płynęliśmy prosto w ten kamieniołom. Między jachtem a brzegiem nie było widać wody, patrzyłem z kokpitu, akurat kiedy jacht był na grzbiecie fali.

Połowę krajobrazu przesłaniał mi wielki, wydęty jak balon fok ciągnący nas prosto na kamienie. Widząc to zadziałałem automatycznie - odknagowałem i puściłem szot foka (akurat był zaknagowany koło mojego kolana) i dałem silnik "cała wstecz", do oporu. Pomyślałem, że jak walniemy, to przynajmniej wolniej. Myślałem też, czy jak już wypadniemy na te kamienie, to czy da się wydrapać z nich na głowicę falochronu i czy fala nas z nich nie zmyje. Jakoś zakładałem, że jacht zatrzyma się na nich, a my wszyscy wylądujemy tam żywi i w miarę cali. To wszystko trwało kilka sekund, taka świadomość beznadziejności sytuacji i oczekiwania na to, co ma nadejść. W tym czasie jeden przytomny na rufie chwycił bezana i przerzucił go na drugą burtę. Jacht gwałtownie zakręcił w prawo i zatrzymał się w łopocie.

Minęliśmy kamieniołom o jakieś 15 - 30? metrów. Na chwilę czas jakby stanął. Pierwszy odezwał się kapitan, mówiąc żebym wyłączył tego "wstecza" bo wpakujemy się tam rufą. Włączyłem "naprzód", kapitan wydał komendy na żagle i powoli wypłynęliśmy na otwarte morze. Potem założyliśmy awaryjny rumpel, kapitan poinformował przez UKF kapitanat portu że mamy awarię i nie będziemy wchodzić do portu. Skierowaliśmy się do Świnoujścia, jako do portu z szerokim wejściem i zapleczem technicznym do naprawy steru.

Całkiem nieświadomie wykonaliśmy zacieśnioną cyrkulację, z łopoczącym fokiem i bezanem przerzuconym na nawietrzną, wspomaganą silnikiem. Jak się okazało przy późniejszej analizie skrętność śruby też pomogła. Ster latał luźno i nie przeszkadzał.

Skoro rumpel awaryjny działał, awaria nie mogła być aż tak poważna. Całe zamieszanie spowodował pęknięty sterociąg. Stuk, który słyszałem to nie było "przytarcie", tylko odgłos pękającej stalówki, uderzającej o drewnianą część jachtu. Czy zawinił tu producent stalówek, czy konstruktor urządzenia sterowego, który zafundował stalówce 90 stopniowe łamanie na krawędzi kwadrantu, czy sternik, który zbyt intensywnie pracował sterem, czy trzeci oficer (ja), który nie sprawdzał co wieczór sterociągów, czy też kapitan, bo w końcu to on ostatecznie za wszystko na jachcie odpowiada

No cóż, mało brakowało. Jakby pękło 50m dalej (kilka sekund)? Jakbyśmy nie nieśli żagli (a mieliśmy tradycyjnie nie)? Jakby gość na rufie spóźnił się o kilka sekund z tym bezanem? (Bo chyba miał tej nocy psiaka, jakby to było o 5 rano "tradycyjnie" to może nie miały takiego refleksu?) Mogło się też urwać 10 minut wcześniej, nie było by sprawy.

Kapitan dokładnie opisał wszystko w dzienniku. Według tej relacji odległość w jakiej minęliśmy falochron to 30m. W warunkach jakie tam były - jedna długość fali.